11 października 2019

To miał być mój ostatni start w tym sezonie. Finał 10 miesięcznych przygotowań. Wymarzona stówa. Resztę dnia miałam odpoczywać po długim okresie treningów, plażowanie i wieczorem impreza. Dopiero późnym popołudniem w sobotę miała pojawić się grupa kursantów na organizowany przeze mnie obóz szkoleniowy. Ciało było już gotowe na rozluźnienie i regenerację. Głowa podekscytowana nurkowaniem, ale też snująca wizje tego co „po wyjściu z wody”… I że w końcu odpocznę.

Miał być ostatni. Ale nie był. Nurkowanie nie poszło zgodnie z planem. Zawróciłam na 92m nie mogąc dalej wyrównać ciśnienia w uszach. Co się takiego wydarzyło, że nie poszło? Jak zwykle kumulacja różnych czynników. Sądzę, że przede wszystkim napięcie związane z tym, że to pierwszy raz 100, i myśl o tym, że to powinna być ostatnia próba, że teraz albo … nie wiadomo kiedy. To w głowie. Poza tym dziś była wyjątkowo zimna woda, choć miałam wrażenie, że cieplejsza niż w poniedziałek. Pierwsze 20 metrów poszło spokojnie, pierwsze trudności zaczęły się na ok. 35m podczas prób dopełnienia policzków powietrzem z płuc. Szło bardzo ciężko (prawdopodobnie napięcie ciała z powodu zimna) i wiedziałam, że to było ostatnie wykonane w taki sposób. Musze znaleźć inne rozwiązanie. Alarm na 50m i moja szybka decyzja o spróbowaniu metody Stavrosa dopełniania mouthfilla – małych porcji powietrza wydobywanych za pomocą języka i bezgłośnego „tssss”. Wiedziałam, że to ryzykowne, bo nie robiłam tego wcześniej na głębokości, ale nie specjalnie miałam wyjście. Wykonałam manewr i poczułam, że zapas powietrza w ustach powiększył się i to w bardzo łatwy i delikatny sposób. Niestety już za sekundę pojawił się problem – mam powietrze w ustach, ale nie mogę nim wyrównać uszu. „Co jest do cholery” pomyślałam cały czas opadając na dół z prędkością m/s i czując przyrastające ciśnienie w uszach. Zorientowałam się, że mam zamknięte podniebienie miękkie, bo przy „tssss” muszę je zamknąć, żeby wytworzyć podciśnienie w ustach i zaciągnąć powietrze z płuc. Testując tą nową technikę opadłam już jednak za daleko bez wyrównywania ciśnienia i nie mogłam otworzyć podniebienia miękkiego. Zaczęłam odczuwać narastający ból w uszach i w końcu jakoś udało mi się wyrównać ciśnienie. Opadałam dalej próbując ponownie dopełnić usta i wyrównać uszy. Udało mi się jeszcze raz, ale poczułam, że moje uszy mają dość. Podjęłam decyzję, ze zawracam. Trudno. Kątem oka zobaczyłam talerzyk na dnie. 93m… Tak blisko, ale jednak daleko. Droga do powierzchni była czystą formalnością. Świeża wynurzyłam się na powierzchnię.

Rozczarowana sobą i zawiedziona, że „plan po wyjściu z wody” nie może być zrealizowany wróciłam do pokoju przemyśleć, co dalej. Ciało i głowa wołały o koniec startów. Za chwilę, zmieniały front przekonując mnie, że nie mogę się poddać. Że mam wystartować jeszcze raz. Że muszę wykorzystać jeszcze jedną szansę. W niedzielę.

Sonar: https://www.facebook.com/stavros.kastrinakis/videos/pcb.10157624908639570/10157624908389570/

Wynurzenie: https://www.facebook.com/stavros.kastrinakis/videos/pcb.10157624908639570/10157624905614570

Resztę piątku spędziłam na drzemkach i rozmowach z najbliższymi. Startować, czy nie? Mam siłę, czy nie? Potrzebowałam przegadać wszystko, co we mnie siedziało i chciało wypłynąć. Mieszanina zmęczenia, rozczarowania i zawodu była trudna do trawienia w samotności, więc śmiało pozbywałam się po kawałku rozdając wspierającym mnie przyjaciołom i rodzinie. W końcu podjęłam decyzję – spróbuję przełożyć przyjazd grupy na niedzielę. Dzięki temu sobotę spędzę jeszcze w otoczeniu osób, które towarzyszyły mi na treningach, nie będę miała dodatkowego rozpraszania. Odpocznę, pozbieram się mentalnie i w niedzielę wystartuję ostatni raz. Spróbuję. Żeby nie pluć sobie w brodę, że mogłam, a nie spróbowałam. Kursanci przyjadą koło lunchu więc zdążę chwilkę odpocząć zanim zaczniemy szkolenie. Porządnie odpocznę za 2 tygodnie po powrocie do Polski.

Plan był dobry, ale skomplikował się nieco już wieczorem, gdy okazało się, że sędzia, który miał uczestniczyć w zawodach, nie może przyjechać. Stavros dwoił się i troił, żeby zorganizować zastępstwo. W takiej niepewności byliśmy całą sobotę. Około 19 przespacerowałam się do centrum potwierdzić mój plan nurkowy na niedzielę. Dowiedziałam się wtedy, że sędziego ciągle nie udało się znaleźć i mogę oczywiście popłynąć, ale nie będzie to oficjalny wynik. Na taki scenariusz szykowałam się cały dzień, że nawet, jeżeli nie będzie sędziego, to zrobię to nurkowanie dla siebie, na koniec sezonu, na podsumowanie całego okresu treningowego. Takie tylko dla mnie ostatnie spotkanie z głębokim oceanem. Postanowiłam też, że skoro jest to nurkowanie treningowe, to będę kontynuowała mój 5m progres głębokości, który stosowałam przez ostatnie dwa tygodnie. W środę zrobiłam bardzo udane nurkowanie na 97m, więc śmiało mogę ustawić linę na 102m. Jedyne kłopoty mogę mieć z wyrównywaniem ciśnienia – wtedy zawrócę. Tak też zadeklarowałam w centrum.

O 21 zadzwonił Stavros, że ma dla nas sędziego. I jaka jest moja oficjalna deklaracja. !!! Chwila chaosu w głowie, i szybka decyzja – 101m. 102m wydało mi się nagle nieprzyzwoicie ryzykowne…